Trawa, na której siedzi jest miękka. Tak, jakby ktoś wykonał ją z bawełny. Jej zielony odcień napawa optymizmem i radością. Sam kolor maluje na twarzy szczery uśmiech. Czuje też jakieś dziwne ciepło w środku ciała, którego nie potrafi zdefiniować. Przypomina poczucie bezpieczeństwa, jednak nie wierzy, że zwykła zieleń to powoduje.
Powoli przenosi spojrzenie swoich niebieskich oczu w górę, gdzie znajduje się niebo. Jednak zamiast jego błękitu dostrzega mapę, której kontury zastępują puszyste chmurki. Mapa ta przedstawia Europę. Najpierw widzi jej kontury w starożytności. Grecja, Rzym. To tak, jakby powtarzał całą historię.
Później widzi kolejne kraje. Ich granice się zmieniają, gdzieś wybuchają wojny, gdzieś się kończą. Te państwa,które stanowiły potęgę, stają się malutkie, wręcz niezauważalne, a te, których nikt się nie obawiał, zaczynają zdobywać tereny i – co za tym idzie – przerażać.
W końcu, z uśmiechem dostrzega to, które tak kocha. Polska pojawia się na mapie, a on przygląda się temu, jak państwo się zmienia. Tym razem jednak jest tylko obserwatorem, nie bierze w niczym udziału. Unia z Litwą i bycie potęgą. Stare, dobre czasy...
Mapa znika, a on może zobaczyć dwóch chłopaków siedzących na wzgórzu. Blondyn i niewiele wyższy od niego brunet. Ten pierwszy coś mówi, wskazują na to poruszające się wargi, ale nie słychać słów. Otula go cisza przerwana przez słowa: „Możesz mnie nawet nienawidzić, ale ja i tak będę cię lubić, Liciu". Nie słyszy jednak odpowiedzi bruneta. Nie wie nawet, czy cokolwiek powiedział, bo nie widać wyrazu jego twarzy.
Później blondyn znowu może zobaczyć mapę.Wszystko właściwie jest dobrze, a przynajmniej nie określa tego jako „złe". Sytuacja zmienia się, gdy widać ślady roku tysiąc siedemset siedemdziesiątego drugiego, a później kolejnych dwóch rozbiorów. W efekcie nie widzi już swojego ukochanego kraju, swojej ojczyzny. Widać tylko zaborców, których tak nienawidzi.
Kolejne sto dwadzieścia trzy lata mijają tak szybko, że po chwili znów może z uśmiechem patrzeć, jak naród zajmuje swoje miejsce na mapie. Nie na długo jednak, bo po jednej wojnie, zaraz wybucha druga. Ta najgorsza.
Na niebie, jak na filmie, pojawiają się po kolei obrazy. Najpierw widzi personifikację Niemiec, obok którego dumnie stoi Prusy. Później widzi także Rosję i ten jego dziecinny uśmieszek. Wygląda niewinnie, jakby nigdy w życiu nie zrobił nic, aby kogoś skrzywdzić. Tak wyglądają tylko ludzie, którzy nie żałują zła, jakie popełnili. On się do nich zalicza.
Kolejną osobą, którą może zobaczyć, jest mały blondyn, którego już widział. Uśmiech powoli znika z jego wiecznie roześmianej twarzy, jasne włosy lepią się od krwi, wszędzie widać jakieś mniejsze lub większe zadrapania, a także inne rany zadane przez wrogów. Wzrok wypełniony nienawiścią, pełen determinacji. Usta układają się w słowa, które tak dobrze zna: „Jeszcze Polska nie zginęła".
Powstanie warszawskie. To kolejna z rzeczy,jakie ma możliwość obejrzeć. Serce zaczyna go kłóć, ciepło,które czuł, znika już zupełnie. Trawa staje się szorstka, a następnie mokra. Zerka na nią i widzi, że zmieniła odcień.Radosna zieleń zamienia się w czerwień. A to, co wydawało się być mokre, jak poranna rosa, okazuje się kropelkami krwi. Krwi straconej dla ojczyzny.
Do jego uszu dochodzi hymn. Zamyka powieki,starając się skupić na słowach. Próbuje znaleźć w nich jakąś otuchę. Chce uspokoić serce, które bije za szybko. Powoli czuje się coraz lepiej, jednak coś mu przerywa. Najpierw słyszy jeden wystrzał, a później kolejne. Melodia zamienia się w niemieckie słowa, których słyszeć nie chce. Język brzmi okropnie, a rozkazy wcale mu się nie podobają.
Otwiera szybko oczy, jednak wokół niego panuje spokój. Nie wieje nawet delikatny wiaterek. Jest tylko on, czerwona trawa i ta okropna mapa na niebie. Wojna jednak się kończy. Europa podzielona jest na dwa bloki. Wschodni i zachodni.
Kontury rozmywają się, a on znowu dostrzega twarz bezwzględnego Rosjanina. Po chwili jednak dostrzega także drugą osobę. Zacięty wyraz twarzy blondyna i oczy schowane za szkłami prostokątnych okularów. Ameryka najwidoczniej nie ma dobrego humoru. Gdzieś w oddali widać jakąś rakietę. Chłopak słyszy, jak ktoś mówi, a wręcz krzyczy: „Pierwszy człowiek na księżycu!".
Mija jeszcze kilka sekund. Później znowu pojawia się mapa. Po chwili ZSRR upada, tak samo jak i mur berliński. Dwaj bracia, Zachód i Wschód znowu cieszą się swoim towarzystwem. Wszyscy znowu mogą żyć normalnie.
Zaczyna dostrzegać błękit nieba, a także białe obłoczki. Znowu siedzi na zielonej trawie, czuje powiew wiatru. Nie rozumie tylko jednego – dlaczego w dalszym ciągu odczuwa niepokój? Jest XXI wiek, w Europie teoretycznie panuje spokój. Dlaczego więc nie może się uśmiechnąć?
Zamyka oczy, a jednak w dalszym ciągu widzi.Widzi personifikacje różnych krajów: i Niemiec, i Prus, i Rosji, i Polski, i Litwy, i Ameryki, i Anglii, i Francji... W ich spojrzeniach widzi tylko pustkę. Kiedy otwiera powieki, ktoś zasłania mu usta,a później także i jego oczy. Nie może krzyknąć, a oprawcy nie rozpoznaje...
Blondyn otwiera oczy. Jest mokry, ma niespokojny oddech, jego serce bije za szybko. Wszędzie panuje ciemność - wieczorem pamiętał, aby zasłonić okna roletami, chociaż i tak wiedział, że wstanie wcześnie.
Kiedy chociaż trochę się uspakaja, podnosi się i bierze do ręki swój telefon. Nie jest może najnowszym cudem techniki, ale nie należy do tych sprzed epoki kamienia łupanego. Na wyświetlaczu widzi godzinę szóstą dwadzieścia dwie i uśmiecha się szeroko. Już dawno nie spał aż do tej godziny.
Wstaje i przechodzi do kuchni, nie kłopocząc się z dopuszczeniem do pokoju światła. Po drodze zahacza jedynie o lusterko i zauważa, że spojrzenie dalej ma lekko przerażone, a włosy całe w nieładzie. Nie stara się jednak ich ułożyć. Tego dnia nie planuje nigdzie wychodzić, a przynajmniej nie w tej chwili.
Nalewa wody do czajnika i podgrzewa ją, a później wyjmuje szklankę i sypie do niej trochę brązowego proszku. Ma mu pomóc obudzić się i dostarczyć trochę energii.
Następnie bierze do rąk paczkę papierosów,wyjmuje jednego i odpala zapałkami. Już kilka lat temu uzależnił się od papierosów i kawy, jednak w dalszym ciągu nie planuje z nimi skończyć. Jemu już i tak nic nie zaszkodzi.
Siada na parapecie i patrzy się na miasto, które jest już dawno obudzone. Chociaż, czy Warszawa kiedykolwiek śpi? Chłopak potrząsa głową. To tak jak z nim - jeśli już śpi, zawsze ma koszmary. A skoro on nie może spać spokojnie, miasto także nie ma prawa.
Dlaczego - zapytacie? Ten właśnie zwyczajny chłopak to personifikacja Warszawy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz