Uśmiecha się przepraszająco, przecząco kręcąc głową. Nie lubi mocniejszych alkoholi, a jeden z takowych właśnie jej proponują. Woli powoli popijać wino i delektować się jego smakiem, niż wypijać kolejny kieliszek wódki.
— Chciałbym — zanim po raz kolejny zostaje zmuszona do tłumaczenia, dlaczego nie chce wypić nic mocniejszego niż wino, dość głośno odzywa się najważniejszy z wszystkich obecnych — wznieść toast za nową, lepszą przyszłość i za osobę, która znacznie ułatwiła nam zdobycie naszego celu.
Wyczuwana sobie jego chłodne, niczym syberyjski wiatr spojrzenie, ale komentuje je jedynie szerokim, choć sztucznym uśmiechem. Unosi kieliszek z winem i wypija powoli dwa łyki.
Mimo znacznych ilości alkoholu oraz gości będących w większości Rosjanami impreza jest całkiem kulturalna. Stwierdza, że to zapewne przez to, że On nie zaprosiłby byle kogo. Ludzie rozmawiają, popijają, jednak — jak na razie — mają w tym umiar.
W Jego towarzystwie rozpoznaje kilku polityków, a oprócz nich gośćmi są głównie żołnierze lub też bogatsi i ważniejsi obywatele. Część z nich kojarzy z widzenia, kilku zdążyła poznać osobiście, jednak tak naprawdę nie ma się do kogo odezwać. Dlatego też decyduje się powoli popijać wino i obserwować każdy Jego ruch dokładnie.
Doskonale zdaje sobie sprawę, że On także przygląda Jej się. Wyczuwa na sobie Jego chłodne, uważne spojrzenie, a nawet czasami dostrzega, jak skupia na niej wzrok. Nie odwraca wtedy swojego tak długo, jak tylko może, jednak za każdym razem to On wygrywa tę Ich małą grę. Nie mija jednak długo, jak znowu zawiesza na nim wzrok i notuje w pamięci każdy ruch.
Kilka razy zmuszona jest przerwać swoje obserwacje, aby z kimś porozmawiać. Sztuczne wymienianie uprzejmości nie trwa jednak długo, co bardzo ją cieszy. Nie czuje się w takim towarzystwie swobodnie.
Kobiety wśród gości stanowią ledwo kilka procent. Rozpoznaje wśród nich jedną: Antoinette. Ta jasnowłosa blondynka zdążyła już nie raz zaleźć jej za skórę i chociaż zdarzyło im się współpracować, obydwie nigdy nie potrafiły się dogadać.
Dziewczyna podchodzi do Niej z przyklejonym uśmiechem do twarzy zaraz po tym jak Ją dostrzega.
— Muszę ci pogratulować — stwierdza, chociaż robi to raczej ze względu na kulturę. — Myślę, że naprawdę przydałaś się Rosji...
— Robiłam to bardziej dla siebie, niż dla niego — wyjaśnia chłodno, spuszczając na chwilę spojrzenie na trzymany w rękach przedmiot. Dopiero po chwili podnosi go na rozmówczynię. — Co masz na myśli mówiąc, że mu się przydałam?
— Nic szczególnego. — Antoinette wzrusza ramionami i uśmiecha się oszczędnie. — Nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, co siedzi mu w głowie.
Oczy Svensson wydają się gasnąć, kiedy zerka na wysokiego Rosjanina. Przez chwilę przygląda się Jego pięknemu mundurowi, który zakłada tylko na specjalne okazje. Spogląda na Jego twarz, na Jego sztuczny, delikatny uśmiech oraz oczy, które kryją zbyt dużo, aby próbować coś z nich wyciągnąć.
— Ale to chyba lepiej — zauważa jeszcze, po czym podnosi swój własny kieliszek z winem i lekko stuka o Jej. — Nasze zdrowie.
I tylko Ona wyczuwa w tych słowach nutę złośliwości, której nie komentuje. A na tym ich rozmowa tego dnia się kończy, chociaż nieraz jeszcze łapią się na spoglądaniu na siebie nawzajem i za każdym razem pieczętują to złośliwym uśmiechem.
Niezauważona wychodzi z sali. Impreza zaczyna się już rozkręcać, atmosfera rozluźnia się, a kilku ludzi wchodzi w stan alkoholowego upojenia. Dlatego właśnie nie chce tam być. Mimo, że kocha ten kraj, ten naród, tę ich kulturę — wręcz nienawidzi, że tak często piją i tak dużo piją. Powinna się jednak już do tego przyzwyczaić.
Przechodzi dobrze znanymi korytarzami, kierując się do miejsca, gdzie mogłaby odpocząć od tłumu. Jej nogi odziane w buty na kilkucentymetrowym obcasie depczą po czerwonym dywanie, tak bardzo kojarzącym jej się z przepychem i tak bardzo do Niego pasującym, a spojrzenie jej zielonych oczu przesuwa się po kolei po każdym wiszącym portrecie. Z uśmiechem stwierdza, że dzięki nauce coraz więcej władców rozpoznaje.
Nie żałuje godzin spędzonych nad książkami historycznymi. Pomogło jej to zrozumieć naród rosyjski i lepiej podejmować decyzje. Dzięki współpracy z tym, który najlepiej wiedział, co dla tych ludzi będzie najlepsze, udało im się osiągnąć więcej, niż się spodziewali — choć oczywiście żadne nie przyzna tego głośno.
Wspomnienie Alfreda przychodzi do jej głowy nagle i przez chwilę ma nawet wyrzuty sumienia, jednak trwa to tak krótko, że nawet nie zdąża się zastanowić, czy rzeczywiście powinna je mieć. Dokładnie pamięta jego jakże pewny siebie uśmiech, który ze spotkania na spotkanie coraz bardziej znikał, aż w końcu chłopak nie umiał nawet sztucznie wygiąć warg. Tak, zniszczyła mu życie... Ale każdy bohater musi przejść kiedyś na emeryturę, prawda?
Jest to jedna z dwóch wymówek, tłumaczeń przed samą sobą, dlaczego to zrobiła. Drugą zazwyczaj jest fakt, że w końcu, niezależnie, czy pomogłaby, czy nie, Stany i tak się potknął o jedną z wielu kłód rzucanych mu pod nogi. Taka kolej rzeczy, czyż nie?
Przy drzwiach stoi ktoś, kogo spokojnie mogłaby nazwać lokajem. Widząc ją, nie ukrywa zaskoczenia, ale ignoruje to. Z jego pomocą zakłada swój ulubiony czarny płaszczyk i wychodzi przez otworzone przez niego drzwi.
Bierze głęboki oddech, czując, że tutaj raczej nikt jej nie obserwuje. Przez chwilę w milczeniu bada wzrokiem najbliższe otoczenie. Zauważa ruszające się pod wpływem wiatru gałęzie oraz ptaki przelatujące przez niebo.
Powoli robi kilka kroków do przodu, stukając o kamienną dróżkę swoimi butami. Wiatr rozwiewa jej jasne włosy i zmusza ją do zatrzymania się, aby z powrotem je ułożyć. Zirytowana wzdycha i przewraca oczami, zanim kontynuuje spacer.
Ogród przy rezydencji Rosjanina nie robi wrażenia, w przeciwieństwie do tego przy domku Francisa. Tym, co jednak je odróżnia jest rodzaj posadzonych kwiatów. Bonnefoy uwielbia róże, a ona ma teraz przed sobą piękne słoneczniki — Jego ulubione kwiaty.
Zatrzymuje się dopiero przy bramie oddzielającej plac od ulicy. Pewnie szłaby dalej, gdyby nie samochód, który staje jej na drodze. Zanim zdąża powiedzieć cokolwiek — a z pewnością nie byłoby to coś miłego — zauważa, kto przyjeżdża.
Te brązowe włosy i delikatny uśmiech rozpoznałaby wszędzie. Na ich widok momentalnie się rozpromienia, a chwilę później już przytula do siebie brunetkę.
— Wreszcie ktoś normalny — stwierdza. A później wita się z towarzyszącym dziewczynie Kanadyjczykiem i chętnie zaprasza ich do środka.
Dwie przyjaciółki mają nadzieję, że uda im się wyjść z sali niezauważone. Chociaż teoretycznie nikt nie każe im zostać tam dłużej, wiedzą, że nie łatwo jest uciec w połowie rosyjskiej imprezy.
Rozmawiając, przez cały czas powoli przemieszczają się w stronę drzwi. W dłoniach trzymają kieliszki z winem, i — chociaż głównie zajmują się rozmową — przez cały czas obserwują zgromadzonych, czekając na odpowiedni moment.
Kiedy w końcu mają pewność, że żaden z gości nie zatrzyma ich z pytaniem, uśmiechają się w charakterystyczny dla siebie sposób. Odkładają na najbliższy stolik już puste kieliszki i szybko pokonują trasę do drzwi, aby opuścić salę. Tylko Ona dostrzega jeszcze fioletowe tęczówki i dziecięcy uśmiech skierowany w ich stronę.
Dopiero po kilku minutach zatrzymują się przy drzwiach, gdzie mieści się jej pokój. Wchodzą do niego i dopiero po zamknięciu drzwi zerkają na siebie, rozbawione całą sytuacją. Z ich ust wydobywa się śmiech, którego nie potrafią opanować przez kolejne kilkadziesiąt sekund.
— Znalazłam coś niepokojącego — zaczyna brunetka, kiedy już są w stanie rozmawiać. Z małej torebki, którą miała przy sobie, wyjmuje telefon i przez chwilę w milczeniu czegoś w nim szuka, aż w końcu podaje urządzenie przyjaciółce.
— Co to? — pyta tamta, widząc zdjęcie pewnych dokumentów. "Przeczytaj" mówi wzrok tej, która przyjechała, więc zmartwiona blondynka, marszcząc czoło, zaczyna czytać:
— "Eksperyment Morrisiego" — eksperyment chemiczny przeprowadzany na niezamieszkanych, kanadyjskich terytoriach." — Omija kilka nieistotnych informacji, jednak pewne zdanie zaczyna ją zastanawiać. — "Brali w nim udział dwaj Kanadyjczycy — Ethan i Alexis Lavoie, Amerykanin Morris L. Troupe, norweskiego pochodzenia Elias Svensson oraz dwóch Japończyków — Isamu Fumio i Mizuno Akihiko..."
Przenosi zaskoczone spojrzenie swoich zielonych oczu na brunetkę, która wydaje się oczekiwać od blondynki komentarza.
— To prawdziwe?
Pytanie jest właściwie niepotrzebne, w końcu obydwie znają odpowiedź, a jednak blondynka wolałaby, aby okazało się to po prostu zwykłym żartem. Jej przyjaciółka odbiera jej nadzieję, kiwając twierdząco głową.
— Znalazłam to wśród dokumentów Matta — tłumaczy, a widząc niezrozumienie na jej twarzy uśmiecha się lekko, wręcz z politowaniem. — Kanady...?
— Pamiętam o nim! — stwierdza szybko blondynka, także pozwalając sobie na uśmiech. — Odkąd ze sobą współpracujemy, pamiętam o nim... Bardziej nie rozumiem, o co chodzi. Jaki eksperyment, dlaczego nasi ojcowie, jak to się skończyło?
— Tego jeszcze nie wiem — ciemnowłosa wzrusza ramionami — ale liczę, że uda ci się tego dowiedzieć.
— Nam się uda.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz