Prusy wie o tym, co ma się stać, a jednak, jakby nie wiedział.
Obserwuje pusto fragment nieba widoczny za krat. Chmury pojawiają
się i znikają — zupełnie jak ludzie. On także ma zniknąć,
chociaż człowiekiem jest tylko po części...
...po części jest też krajem.
Teoretycznie już nie istnieje. W praktyce ma szansę na ostatni dzień egzystowania, bo tego życiem nie może już nazwać. Siedzi sam w pustej celi, jego ręce skute są kajdanami, a jedynym źródłem światła są wpadające przez kraty w niewielkim okienku promienie słońca. Od miesiąca z nikim nie rozmawiał, aż w końcu wczoraj przyszedł ktoś i mu powiedział.
Powiedział, że zostanie rozstrzelany. Że jako kraj już nie istnieje, ale musi też zniknąć jako człowiek. Dla dobra ogółu.
Gilbert nie odpowiedział wtedy nic. Nie zaśmiał się w ten typowy dla siebie sposób. Nie podniósł spojrzenia zmęczonych, czerwonych oczu. Zamknął po prostu powieki na kilka sekund, a później zaczął wpatrywać się w błękit nieba za kratami.
Słyszy kroki, ale myśli, że to zwykłe urojenie. Ileż to już razy śniło mu się, że ktoś jednak go stąd wyciąga i pomaga mu? Że litują się nad nim, uwalniają ręce i pozwalają wyjść?
Zbyt dużo, aby uwierzyć.
Drzwi jednak otwierają się, a za nimi dostrzega swoich przyjaciół. Hiszpania i Francja podchodzą do niego ostrożnie, traktując go jak płochliwą zwierzynę. Dopiero po kilku sekundach ciszy podnosi na nich spojrzenie.
Nie pomagają mu. Stoją i wpatrują się w niego, ale ich wzrok jest obcy. W oczach nie ma tego, co zapamiętał. Jakby tak naprawdę to nie oni przyszli. Nie jego przyjaciele.
Rozmowa jest sztywna. Witają się i starają znaleźć jakiś temat. Bezskutecznie. Dopiero, kiedy lazurowe oczy Francisa patrzą się prosto na niego, dostrzega smutek, którego jeszcze nigdy nie widział.
— Boisz się, mon ami? — pyta ten. Nie zdejmuje z Prusaka spojrzenia, dopóki ten nie odpowiada:
— Nie jestem takim tchórzem, jak ty...
— Ale? — Antonio wyłapuje lekkie zawahanie na końcu wypowiedzi. Mija kolejne kilka sekund, zanim Gilbert kończy powiedź.
— Ale nie wiem, co będzie później. Czuje, że nawet nie wiem, co zrobić. W co wierzyć. Nie boję się śmierci, lecz... lecz tego, że nie wiem, co dalej.
Francis chce coś powiedzieć, ale przerywa im jeden ze strażników. Czas się kończy.
— Nous allons essayer de que personne ne vous pas oublié — szept Francisa jeszcze długo dźwięczy w jego uszach.
Niedługo później pojawia się drugi gość. Uśmiecha się dziecinnie, kiedy opiera się o ścianę obok Prusaka i wpatruje w niego swoimi fioletowymi oczami, przypominającymi fiołki.
— Wiesz, towarzyszu... — zaczyna w końcu.
Gilbert nie patrzy na niego. Słucha, ale wpatruje się w pustą przestrzeń.
— To nie do końca twoja wina. Это может быть мне, сестры, товарисч Литва, Франция, Англия, Германия или товарисч Польша. Ale padło na ciebie.
Rosja nie jest dobry w pocieszaniu. Stara się, ale jeszcze bardziej przygnębia Prusaka, który jeszcze przeżywa w myślach rozmowę z przyjaciółmi. Ostatnią rozmowę z przyjaciółmi.
— Dzisiaj ktoś zginie, jutro ktoś inny... Nie wolno się tym przejmować, towarzyszu.
Ton jego głosu przywodzi na myśl rozmowę o nabitym siniaku na kolanie, a nie perspektywie śmierci.
— Po części to chyba twoja wina... Но все подошло к концу...
I wychodzi. Zostawia go samego z mętlikiem w głowie i niewielką ilością czasu na rozmyślenia.
Wraca po chwili. Nie sam. Zostawia z nim niewysokiego blondynka i znowu wychodzi.
Nie rozmawiają ze sobą. Nigdy nie umieli się dogadać, więc dlaczego właśnie teraz ma się im udać? Nie próbują zajęci swoimi myślami.
Feliks chodzi w tą i z powrotem, nie patrząc nawet na Prusaka. Jakiś czas temu napawałby się takim widokiem, ale w tej chwili... Nie potrafi nawet spojrzeć mu w oczy.
Gilbert nawet nie próbuje czegoś powiedzieć. Spod za długiej grzywki swoich zakurzonych i brudnych włosów obserwuje w ukryciu Polaka. Jego sposób chodzenia, to jak przy każdym wdechu jego klatka piersiowa podnosi się i opada. Jego oczy. Zielone, kiedyś pełne radości, przypominające trawę, teraz jednak puste, smutne... Beilshmidt chce zapamiętać jeszcze ton jego głosu.
— Warto było? — pada nagle pytanie i Gilbert przez kilka sekund nawet nie wie, o co dokładnie pyta.
— Zobaczyć cię zapłakanego? Za każdą cenę — mówi w końcu, starając się powstrzymać drżenie głosu. Chce brzmieć tak jak zawsze: beztrosko i złośliwe, jednak nie potrafi. Nie jest już tym, dumnym z siebie uosobieniem Prus.
— Nawet za cenę życia?
Tutaj Gilbert nie sili się już na odpowiedź. Nie zastanawia się nad odpowiedzią, bo dobrze ją zna: nie było warto, ale nie mógł wiedzieć, że aż tyle przyjdzie mu zapłacić.
Mija kilka sekund, zanim znowu rozmawiają. Sztywno, drętwo. Jakby dopiero co się poznali, a nie próbowali zniszczyć sobie życia od co najmniej siedmiuset lat.
Ale w końcu się przełamują. Pomiędzy złośliwościami przekazują sobie to, co zawsze chcieli powiedzieć. A kiedy w końcu Polska musi wyjść, nie mówi, że będzie tęsknić. Nie mówi też, że się cieszy.
— Teraz miała być moja kolej, aby ci dokopać — zauważa jedynie, a następnie odwraca wzrok, chociaż Gilbert i tak dostrzega jego zeszklone, zielone oczy. — Do zobaczenia jutro, pruska zarazo?
I Beilshmidt wie, że Feliks mówi to tylko po to, aby na chwilę zapomnieć o kolejnym dniu.
— Do zobaczenia, głupi Polaczku..
Ostatnią osobą, którą może zobaczyć jego jego brat.
— Bruder...
Ludwig nie wytrzymuje długo. Ten jeden, jedyny raz nie hamuje emocji, a pozwala łzom wypłynąć. Wpatruje się w brata, jakby spojrzeniem mógł coś zrobić, ale Prusy nie odpowiada mu. Sam stara się nie popłakać.
— Wenn ich lediglich kann machen...
Nie rozmawiają. Po prostu myślą, pozwalając ciszy przeniknąć ich dwoje. A później Niemcy ten jeden, jedyny przytula brata, a ten także tylko ten jeden, jedyny raz pozwala mu na to.
Nie mówią nic więcej.
~*~
Następnego dnia Gilbert może w końcu wyjść na powietrze. Nie pozwalają jednak mu się nacieszyć nawet jednym oddechem na wolności, kiedy przykładają mu pistolet do głowy.
Czuje, jak powiew wiatru rozwiewa jego jasne włosy.
Słyszy śpiew ptaków lecących ponad jego głową.
Dostrzega niedaleko stojące dwie znane mu sylwetki.
Wyższy Rosjanin wpatruje się w niego jak zawsze, z dziecinną ciekawością, ale coś w jego spojrzeniu jest chłodniejsze niż zwykle.
Przez ułamek sekundy wyłapuje wzrok Feliksa, zanim ten odwraca się, aby nie widzieć tego, co zaraz się zdarzy.
Nikt inny nie przyszedł...
Zamyka oczy, a w głowie słyszy jeszcze słowa, które tak bardzo chciał zapamiętać.
„Nous allons essayer de que personne ne vous pas oublié”
„Но все подошло к концу”
„Teraz miała być moja kolej, aby ci dokopać”
„Wenn ich lediglich kann machen”
I chwilę przed tym, jak słyszy strzał odbierający mu to, co mu pozostało, wygina wargi w delikatnym uśmiechu...
Ja też będę tęsknił...
...po części jest też krajem.
Teoretycznie już nie istnieje. W praktyce ma szansę na ostatni dzień egzystowania, bo tego życiem nie może już nazwać. Siedzi sam w pustej celi, jego ręce skute są kajdanami, a jedynym źródłem światła są wpadające przez kraty w niewielkim okienku promienie słońca. Od miesiąca z nikim nie rozmawiał, aż w końcu wczoraj przyszedł ktoś i mu powiedział.
Powiedział, że zostanie rozstrzelany. Że jako kraj już nie istnieje, ale musi też zniknąć jako człowiek. Dla dobra ogółu.
Gilbert nie odpowiedział wtedy nic. Nie zaśmiał się w ten typowy dla siebie sposób. Nie podniósł spojrzenia zmęczonych, czerwonych oczu. Zamknął po prostu powieki na kilka sekund, a później zaczął wpatrywać się w błękit nieba za kratami.
Słyszy kroki, ale myśli, że to zwykłe urojenie. Ileż to już razy śniło mu się, że ktoś jednak go stąd wyciąga i pomaga mu? Że litują się nad nim, uwalniają ręce i pozwalają wyjść?
Zbyt dużo, aby uwierzyć.
Drzwi jednak otwierają się, a za nimi dostrzega swoich przyjaciół. Hiszpania i Francja podchodzą do niego ostrożnie, traktując go jak płochliwą zwierzynę. Dopiero po kilku sekundach ciszy podnosi na nich spojrzenie.
Nie pomagają mu. Stoją i wpatrują się w niego, ale ich wzrok jest obcy. W oczach nie ma tego, co zapamiętał. Jakby tak naprawdę to nie oni przyszli. Nie jego przyjaciele.
Rozmowa jest sztywna. Witają się i starają znaleźć jakiś temat. Bezskutecznie. Dopiero, kiedy lazurowe oczy Francisa patrzą się prosto na niego, dostrzega smutek, którego jeszcze nigdy nie widział.
— Boisz się, mon ami? — pyta ten. Nie zdejmuje z Prusaka spojrzenia, dopóki ten nie odpowiada:
— Nie jestem takim tchórzem, jak ty...
— Ale? — Antonio wyłapuje lekkie zawahanie na końcu wypowiedzi. Mija kolejne kilka sekund, zanim Gilbert kończy powiedź.
— Ale nie wiem, co będzie później. Czuje, że nawet nie wiem, co zrobić. W co wierzyć. Nie boję się śmierci, lecz... lecz tego, że nie wiem, co dalej.
Francis chce coś powiedzieć, ale przerywa im jeden ze strażników. Czas się kończy.
— Nous allons essayer de que personne ne vous pas oublié — szept Francisa jeszcze długo dźwięczy w jego uszach.
Niedługo później pojawia się drugi gość. Uśmiecha się dziecinnie, kiedy opiera się o ścianę obok Prusaka i wpatruje w niego swoimi fioletowymi oczami, przypominającymi fiołki.
— Wiesz, towarzyszu... — zaczyna w końcu.
Gilbert nie patrzy na niego. Słucha, ale wpatruje się w pustą przestrzeń.
— To nie do końca twoja wina. Это может быть мне, сестры, товарисч Литва, Франция, Англия, Германия или товарисч Польша. Ale padło na ciebie.
Rosja nie jest dobry w pocieszaniu. Stara się, ale jeszcze bardziej przygnębia Prusaka, który jeszcze przeżywa w myślach rozmowę z przyjaciółmi. Ostatnią rozmowę z przyjaciółmi.
— Dzisiaj ktoś zginie, jutro ktoś inny... Nie wolno się tym przejmować, towarzyszu.
Ton jego głosu przywodzi na myśl rozmowę o nabitym siniaku na kolanie, a nie perspektywie śmierci.
— Po części to chyba twoja wina... Но все подошло к концу...
I wychodzi. Zostawia go samego z mętlikiem w głowie i niewielką ilością czasu na rozmyślenia.
Wraca po chwili. Nie sam. Zostawia z nim niewysokiego blondynka i znowu wychodzi.
Nie rozmawiają ze sobą. Nigdy nie umieli się dogadać, więc dlaczego właśnie teraz ma się im udać? Nie próbują zajęci swoimi myślami.
Feliks chodzi w tą i z powrotem, nie patrząc nawet na Prusaka. Jakiś czas temu napawałby się takim widokiem, ale w tej chwili... Nie potrafi nawet spojrzeć mu w oczy.
Gilbert nawet nie próbuje czegoś powiedzieć. Spod za długiej grzywki swoich zakurzonych i brudnych włosów obserwuje w ukryciu Polaka. Jego sposób chodzenia, to jak przy każdym wdechu jego klatka piersiowa podnosi się i opada. Jego oczy. Zielone, kiedyś pełne radości, przypominające trawę, teraz jednak puste, smutne... Beilshmidt chce zapamiętać jeszcze ton jego głosu.
— Warto było? — pada nagle pytanie i Gilbert przez kilka sekund nawet nie wie, o co dokładnie pyta.
— Zobaczyć cię zapłakanego? Za każdą cenę — mówi w końcu, starając się powstrzymać drżenie głosu. Chce brzmieć tak jak zawsze: beztrosko i złośliwe, jednak nie potrafi. Nie jest już tym, dumnym z siebie uosobieniem Prus.
— Nawet za cenę życia?
Tutaj Gilbert nie sili się już na odpowiedź. Nie zastanawia się nad odpowiedzią, bo dobrze ją zna: nie było warto, ale nie mógł wiedzieć, że aż tyle przyjdzie mu zapłacić.
Mija kilka sekund, zanim znowu rozmawiają. Sztywno, drętwo. Jakby dopiero co się poznali, a nie próbowali zniszczyć sobie życia od co najmniej siedmiuset lat.
Ale w końcu się przełamują. Pomiędzy złośliwościami przekazują sobie to, co zawsze chcieli powiedzieć. A kiedy w końcu Polska musi wyjść, nie mówi, że będzie tęsknić. Nie mówi też, że się cieszy.
— Teraz miała być moja kolej, aby ci dokopać — zauważa jedynie, a następnie odwraca wzrok, chociaż Gilbert i tak dostrzega jego zeszklone, zielone oczy. — Do zobaczenia jutro, pruska zarazo?
I Beilshmidt wie, że Feliks mówi to tylko po to, aby na chwilę zapomnieć o kolejnym dniu.
— Do zobaczenia, głupi Polaczku..
Ostatnią osobą, którą może zobaczyć jego jego brat.
— Bruder...
Ludwig nie wytrzymuje długo. Ten jeden, jedyny raz nie hamuje emocji, a pozwala łzom wypłynąć. Wpatruje się w brata, jakby spojrzeniem mógł coś zrobić, ale Prusy nie odpowiada mu. Sam stara się nie popłakać.
— Wenn ich lediglich kann machen...
Nie rozmawiają. Po prostu myślą, pozwalając ciszy przeniknąć ich dwoje. A później Niemcy ten jeden, jedyny przytula brata, a ten także tylko ten jeden, jedyny raz pozwala mu na to.
Nie mówią nic więcej.
~*~
Następnego dnia Gilbert może w końcu wyjść na powietrze. Nie pozwalają jednak mu się nacieszyć nawet jednym oddechem na wolności, kiedy przykładają mu pistolet do głowy.
Czuje, jak powiew wiatru rozwiewa jego jasne włosy.
Słyszy śpiew ptaków lecących ponad jego głową.
Dostrzega niedaleko stojące dwie znane mu sylwetki.
Wyższy Rosjanin wpatruje się w niego jak zawsze, z dziecinną ciekawością, ale coś w jego spojrzeniu jest chłodniejsze niż zwykle.
Przez ułamek sekundy wyłapuje wzrok Feliksa, zanim ten odwraca się, aby nie widzieć tego, co zaraz się zdarzy.
Nikt inny nie przyszedł...
Zamyka oczy, a w głowie słyszy jeszcze słowa, które tak bardzo chciał zapamiętać.
„Nous allons essayer de que personne ne vous pas oublié”
„Но все подошло к концу”
„Teraz miała być moja kolej, aby ci dokopać”
„Wenn ich lediglich kann machen”
I chwilę przed tym, jak słyszy strzał odbierający mu to, co mu pozostało, wygina wargi w delikatnym uśmiechu...
Ja też będę tęsknił...
T Ł U M A C Z E N I E
MON AMI - fr. MÓJ PRZYJACIELU
NOUS ALLONS ESSAYER DE QUE PERSONNE NE VOUS PAS OUBLIÉ - fr. NIGDY O TOBIE NIE ZAPOMNIMY
NOUS ALLONS ESSAYER DE QUE PERSONNE NE VOUS PAS OUBLIÉ - fr. NIGDY O TOBIE NIE ZAPOMNIMY
Это может быть мне, сестры, товарисч Литва, Франция, Англия, Германия или товарисч Польша - ru. TO MOGŁO STAĆ SIĘ MNIE, SIOSTRZYCZKOM, TOWARZYSZOWI LITWIE, FRANCJI, ANGLII, NIEMCOM CZY TOWARZYSZOWI POLSCE
Но все подошло к концу - ru. WSZYSTKO SIĘ KIEDYŚ KOŃCZY
BRUDER - BRAT
WENN ICH LIEDIGLICH KANN MACHEN - GDYBYM TYLKO MÓGŁ COŚ ZROBIĆ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz