piątek, 17 marca 2017

"Papa"

— Chciałbym iść do wesołego miasteczka — stwierdza nagle Alfred, odwracając się przodem do siedzącego przy biurku brata. Matthew koloruje jedną z kolorowanek, chociaż nie robi tego tak starannie jak zazwyczaj — w kilku miejscach wyjechał już poza linię. — Może porozmawiamy z tatą?

Chłopiec chce już odpowiedzieć bratu, ale nie udaje mu się, bo do ich uszu dochodzi podniesiony głos mamy.

Pewnie znowu się kłócą.

Właściwie żaden z domowników nie wie, kiedy dokładnie to wszystko się zepsuło. Przecież kiedyś co sobotę gdzieś wychodzili, bawili się, wieczorami często grywali w gry planszowe, starali się jeść każdy obiad razem przy stole. Później mama zaczęła częściej odbierać jakieś telefony, a ojciec coraz częściej wychodził z domu, czasami nie wracając na noc. Kłótnie rozpoczęły się niedawno, chociaż rodzice starali się chociaż udawać miłych dla siebie, jeśli dzieci były w domu.

— Czyli ta sobota odpada... — komentuje Alffie i ignorując to, co dzieje się w salonie, powraca do czytania nowego komiksu o superbohaterze.

Niech oni przestaną!

Matthew, którego oczy są tak samo błękitne jak ojca, nie wie dokładnie, co nim kieruje, ale chce po prostu tam iść, żeby przestali się sprzeczać. Bardzo chce, żeby papa po prostu przytulił go do siebie, tak jak to zazwyczaj robił i obiecał, że już nigdy nie będą się sprzeczać.

Szkoda tylko, że na obietnicach się kończy...

— Możecie się nie kłócić? — pyta, kiedy pojawia się w salonie. Swoim cichym głosem w jakiś sposób ucisza krzyk mamy. Nie lubi, kiedy mama podnosi głos — zawsze wtedy dużo przeklina. Tata także używa brzydkich wyrazów, ale dużo rzadziej i ciszej. Chłopcy słyszeli tylko kilka razy coś takiego w ustach taty i zawsze brzmiało to dziwnie.

Victoria Bonnefoy ma założone ręce, ale jej pięści są bardzo mocno ściśnięte. Opiera się o blat i przenosi swoje wściekłe spojrzenie zielonych jak wiosenna trawa oczu na Matta, a jej wzrok od razu staje się łagodniejszy. Francis nigdy nie patrzy się wściekle, zawsze jest w nim coś spokojnego, jakby był opanowany. Jedynie papieros w jego ustach i ta pustka w oczach jak lazurowe wybrzeże udowadnia, że nim także targają emocje.

— Nie kłócimy się, mój mały. — Francuz odkłada na parapet używkę i podchodzi do syna, aby po chwili wziąć go na ręce i delikatnie, choć sztucznie, się uśmiechnąć. — Jedynie rozmawiamy.

— Kłócicie się — zaprzecza pewnie chłopiec, odwracając spojrzenie, aby zerknąć na kobietę. — Mama krzyczy...

— Mama ciągle krzyczy — śmieje się na to tata. Matt bardzo lubi śmiech taty, jest taki ciepły i kojarzy mu się z tymi wszystkimi przygodami, kiedy się bawili. — Po prostu teraz jest zmęczona, ma dużo problemów w pracy i dużo obowiązków. A czasami dorośli muszą o takich rzeczach porozmawiać, wiesz? Nie kłócimy się, a jedynie rozmawiamy.

— Ale kiedyś rozmawialiście inaczej.

— Po prostu musimy uzgodnić kilka rzeczy — włącza się do dyskusji blondynka. — Po prostu z tatą nie zgadzamy się w jednej sprawie i musimy o niej poważnie porozmawiać.

— Ale nie będziecie już krzyczeć, dobrze? — dopytuje jeszcze Matthew.

— Obiecuję — papa uśmiecha się, a po chwili odkłada synka na podłogę. — Leć się bawić z Alffim, może później pójdziemy na lody, chcecie?

Oui — chłopiec właściwie nie wie dlaczego wtrąca do rozmowy francuskie słowa, ale zawsze to lubi. Tata też tak kiedyś robił, jak uczył go francuskiego, ale później jakoś tych słów było mniej, aż w końcu słyszał je jedynie, kiedy rozmawiał z kimś przez telefon.

— Widzisz? Mogłabyś choć raz zachować się dojrzale — stwierdza Francis, kiedy tylko mały blondynek wychodzi z pomieszczenia. Automatycznie sztuczny uśmiech zastępują zaciśnięte delikatnie wargi.

— Mówisz, jakbym to ja była wszystkiemu winna — zauważa z przekąsem Victoria. — Tak, może druga wojna światowa to także przeze mnie, co? Albo globalne ocieplenie?

— Dzieci słyszą — upomina ją. Przez myśl przechodzi mu pytanie, gdzie podziały się te wszystkie uczucia, jakimi się darzyli, ale nie umie tego powiedzieć. — Myślisz, że nie wiem o Antonio? Jesteś wszystkiemu winna tak samo, jak i ja.

Kobieta przez chwilę milczy, zaskoczona wiedzą swojego męża. Chociaż przez głowę przechodzi jej wiele różnych rzeczy, które mogłaby powiedzieć, żadna nie wydaje się wystarczająco dobra.
— Każdy z nas niszczył ten związek, więc, dla dobra dzieci, rozstańmy się przynajmniej w zgodzie...

~*~

Kiedy kilka dni później Francis kładzie walizkę w przedpokoju, zauważa, że to tak naprawdę jest jedyne dobre rozwiązanie. Oczywiście, dzieci nie powinny nie mieć ojca, jednak ta relacja jeszcze bardziej je niszczyła.

— Matt! Alffie! Chodźcie tu na chwilę! — woła jeszcze dzieci. Wie, że Victoria jest teraz w kuchni i nie ma zamiaru się z nim żegnać. Tak naprawdę jemu też już nie zależy i jedynie boli go rozstanie się z dwoma małymi promyczkami, które pokochał.

Chłopcy przybiegają dopiero po kilku sekundach. Od razu zauważają walizkę przy drzwiach, ale nie wiedzą, co ma ona oznaczać. Ani dlaczego tata siedzi na fotelu w przedpokoju i się tak smutno do nich uśmiecha, jakby zaraz miał zacząć płakać.

Papa? Qu'est-ce qui se passe? — pyta od razu Matthew, używają francuskiego. Czasami, kiedy Francis jest zamyślony, ma problem ze zrozumieniem angielskiego, a wtedy lepiej jest zacząć mówić w jego języku.

— Chodźcie tu do mnie — mówi, a następnie sadza obydwóch chłopców na kolanach. Przez chwilę nawet nie wie, co powiedzieć. — Słuchajcie, będę miał teraz do was wielką sprawę.

— O co chodzi? — tym razem pytanie zadaje drugi z chłopców. Jego kolor oczu jest ciężki do sprecyzowania, coś pomiędzy zielenią a niebieskim, ale nie da się tego nazwać.

— Będę musiał... wyjechać na jakiś czas — tłumaczy powoli, zerkając co chwila to na jednego, to na drugiego syna. — Zostaniecie z mamą.

— Na jak długo?

— A do ilu umiecie liczyć?

— Do stu! — odpowiadają zgodnie.

— W takim razie, zanim doliczycie stu dni, znowu się spotkamy — obiecuje mężczyzna. — Teraz po prostu muszę załatwić kilka spraw związanych z moją pracą, mam po prostu kilka nowych obowiązków i muszę gdzieś wyjechać — jego głos zaczyna się delikatnie, ledwo słyszalnie załamywać. — Chcę, żebyście byli grzeczni oraz opiekowali się sobą i mamą, dobrze?

— Ja superbohaterowie? — dopytuje Alffie.

— Tak, jak superbohaterowie — potwierdza Francis. — Więc ja, zrobicie to dla mnie?

— Tak, ale... później wrócisz? — Matt wygląda, jakby był wręcz przerażony nagłą myślą, jaka pojawiła się w jego głowie.

Oui... Tylko, że nie będę już mieszkał z wami i z mamą tutaj. Będę... niedaleko i często będziecie do mnie przychodzić, co wy na to? Będziemy chodzić na lody, do wesołego miasteczka, do kina...

— Będzie ekstra! — komentuje Alfred. Jest trochę zdziwiony, kiedy tata przytula go tak mocno i długo, bo jako superbohater nie powinien się przytulać, ale czasami pozwala na to rodzicom.
Kiedy już ich pusta i każe iść do siebie, Matt nie słucha, jeszcze przez chwilę stojąc w przedpokoju.

Papa, płaczesz? — pyta, kiedy dostrzega zeszklone oczy ojca. Jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie.

— Nie, po prostu... ostatnio trochę zbyt długo siedziałem przed komputerem — kłamie. — I trochę bolą mnie oczy.

Kiedy Matthew zwyczajnie przytula go jeszcze swoimi małymi rączkami z taką siłą i miłością, wie, że jeśli zaraz nie wyjdzie, zwyczajnie się rozpłacze. A przecież teraz nie może.

— Dlaczego nie będziesz z nami mieszkał? — pyta cicho, dalej nie puszczając taty.

— Jak będziesz starszy, zrozumiesz — mówi jedynie Francis i wtedy zauważa opierającą się o ścianę Victorie, która już czeka, aby zamknąć drzwi i zarazem skończyć kolejny rozdział w życiu każdego z nich.

— Powinieneś już iść — stwierdza chłodno kobieta. Po ostatnim uścisku Bonnefoy, Matthew w końcu wraca do swojego pokoju, a dorośli wymieniają jedynie ostatnie, puste spojrzenia.

Kiedy już jest na ulicy, z jego oczu wypływają dwie samotne łzy. Po jednej dla każdego z chłopców.

~*~

Rozwód nie stanowi większego problemu. Winnym okazuje się Francis, który nawet nie stara się uwodnić, że nie był jedynym zdradzającym. Nie potrzebuje tego.

Do Victorii dzwoni dopiero po osiemdziesięciu dniach po przeprowadzce. Pyta, czy może się spotkać z dziećmi i zabrać je na weekend do siebie. Ta, nawet jeśli chciałaby — nie może tego zrobić.

— Osiemdziesiąt pięć — liczy Matthew, skreślając kolejny dzień w kalendarzu. Tata mówił, że spotkają się, zanim będzie sto, a już niedużo zostało. Alfred poddał się z liczeniem po dwudziestu.

Kiedy słyszą dzwonek do drzwi, obydwoje uśmiechają się. Obydwoje mają nadzieję, że stanie w nich teraz uśmiechnięty Francuz z jasnymi, kręconymi włosami, który uśmiechnie się do nich i przytuli ich w ten swój sposób, w jaki nikt inny nie umie przytulać.

Zamiast niego jednak w drzwiach staje znany im już Hiszpan. Wujek Antonio był kiedyś przyjacielem taty, ale nagle przestał nim być, a stał się kolegą mamy. Kiedy tata wyprowadził się, ten pojawił się niedługo później, zajmując miejsce Francisa. Alfred polubił go, bo wujek bardzo dobrze grał w piłkę nożną, ale Matt jakoś nie umiał chociaż jednego dnia nie tęsknić za tatą.

Mija kilka kolejnych godzin. Alfred gra na konsoli z wujkiem, mama pisze jakiś artykuł do gazety, a Matt znowu rysuje. Papa zawsze zachwycał się jego rysunkami i wieszał je na lodówce w kuchni, bo tam spędzał najwięcej czasu. Czasami nawet rysował ze swoim synem, ale rysunki taty zawsze były ładniejszego od tych chłopca. Teraz Matthew często oglądał je, starając się namalować identyczne.
Nie reaguje początkowo na dzwonek do drzwi, jednak, kiedy słyszy, jak mama woła go i Alfreda z przedpokoju, biegnie, aby pojawić się szybciej niż brat.

Tata nie zmienił się dużo. Uśmiecha się szeroko, kiedy chłopcy niemal rzucają się na niego i ledwo udaje mu się utrzymać równowagę. Śmieje się, całując obydwóch w czoło.

Papa!

— Tęskniłem za wami — stwierdza, nie umiejąc puścić swoich synów. Naprawdę bardzo żałuje, że aż tyle trwało, zanim zdecydował się na ten telefon.

— Dlaczego nie było cię tak długo? — pyta Alfred.

— Mówiłem już wam, musiałem zrobić kilka rzeczy — przypomina. — Ale teraz już się ze wszystkim wyrobiłem, więc zabieram was do siebie na trochę.

— A gdzie teraz mieszkasz? — dopytuje Matthew. W międzyczasie w przedpokoju pojawia się także mama, trzymając dwa plecaki z zapakowanymi ubraniami, szczoteczkami do zębów i ulubionymi misiami. Francis bierze od niej te rzeczy bez słowa, a następnie pomaga synom zapiąć kurtki.

— Niedaleko, zaraz zobaczycie — mówi tajemniczo, a kiedy ma już pewność, że wszystko już mają, w przedpokoju pojawia się także Antonio. Witają się jedynie skinięciem głowy, a później Francis razem z chłopcami.

W domu taty mieszka ciocia Felicja i tata chyba ją bardzo lubi, bo często ją do siebie przytula. A ciocia jest bardzo miła, chociaż trochę dziwnie mówi i czasami się trochę na tatę obraża. Oczywiście, Francis wtedy całuje ją, a ta śmieje się.

~*~

Życie Matthewa i Alfreda wygląda teraz inaczej. Czasami są w domu z mamą i wujkiem Antonio, który okazuje się nie być aż taki zły, no i gotuje lepiej niż mama, choć gorzej niż papa.

Często jednak przychodzi i tata, uśmiecha się i zabiera ich do drugiego domu, gdzie czeka już ciocia Felicja, której ostatnio strasznie urósł brzuch, ale papa tłumaczy, że tam w środku jest ich siostrzyczka, lub braciszek, tylko nie chce powiedzieć, dlaczego. Ale z Felicją często gotują razem lub chodzą do wesołego miasteczka i na lody, i do kina, i na plac zabaw.

I właściwie jest już dobrze, bo nikt się nie kłóci, chociaż Matt właściwie to chciałby, aby tata i mama znowu razem z nimi mieszkali. Ale lepsze to, niż wtedy, kiedy papa długo nie przychodził, bo teraz pojawia się dużo częściej i jest dużo bardziej uśmiechnięty. I mama też jest weselsza, zwłaszcza, kiedy Antonio przytula ją do siebie i całuje. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz